Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne
Plus / minus

Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie

Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Plus / minus: „Bal”

Witam wszystkich w Nowym Roku. Stuknijmy się kieliszkami, wypijmy szampana i życzmy sobie, aby ten rok był lepszy niż poprzedni. Pa pa 2020, nie będziemy tęsknić. Powiedzmy sobie od razu szczerze, że to był chyba najdziwniejszy Sylwester ever. Może gdzieś na świecie jacyś szczęśliwcy mieli okazję zabalować, ale chyba nie będzie przesadą powiedzieć, że spora część ludzkości przesiedziała Sylwestra zamknięta w domach. Chwała niebiosom, że mamy Internet. A jak jest Internet, to i balowy nastrój da się zrobić. Razem z mężem w czasie długiej przerwy świąteczno-noworoczno-urlopowej jechaliśmy jeden maraton filmowy za drugim i było czadowo. Namówiłam go nawet na „Bal”.

„Bal” jest filmową adaptacją Broadway’owskiego musicalu Matthew Sklara, Chada Beguelina i Boba Martina, do której dwaj ostatni napisali scenariusz, a wyreżyserował Ryan Murphy. Obsada gwiazdorska: Meryl Streep, Nicole Kidman, James Corden, Andrew Rannells, Kerry Washington, Keegan-Michael Key. I debiutantka Jo Ellen Pellman w głównej roli – śliczna, urocza, o pięknym głosie, nie dała się przyćmić wielkim nazwiskom. Fabuła: prosta i pełna stereotypów. W zaściankowej i homofobicznej Indianie młoda lesbijka chce iść na bal maturalny ze swoją dziewczyną, co oczywiście kłóci się ze wszystkimi wartościami, wyznawanymi przez miasto, innych uczniów, a przede wszystkim przez komitet rodzicielski, który pociąga za wszystkie sznurki. No i zagwozdka. Nie wolno im nikogo wykluczać, bo mogłoby to mieć skutki prawne, więc nie mogą tak po prostu zabronić Emmie przyjść na bal, ale zasady (ustalone oczywiście przez ten sam komitet) jasno mówią, że można przyjść w parze tylko z przedstawicielem płci przeciwnej. Odpowiedź? Bal zostaje całkowicie odwołany. „Duh”, logiczne. I tak Emma, która już wcześniej była wyrzutkiem z powodu swojej orientacji, staje się totalnym pariasem, znienawidzoną czarną owcą, przez którą nikt nie będzie miał balu. Bo to oczywiście wszystko jej wina, a nie ludzi, którzy faktycznie taką decyzję wszystkim narzucili. Whatever. Złoty medal w całej tej sytuacji otrzymuje dyrektor szkoły, będący jedyną (słownie: JEDYNĄ) osobą w narożniku Emmy, dzielnie od początku do końca pomagając jej w wojnie z komitetem świętych matek (BTW – serio? Nikt inny w całej szkole nie przyjaźni się z Emmą? Ani jeden uczeń? Nikt inny z nauczycieli? W XXI wieku? Ciężko mi w to uwierzyć). Tymczasem w Nowym Jorku grupa narcystycznych, egoistycznych gwiazd Broadway’u, którym kariera jakby nie idzie, wietrzy w tym małomiasteczkowym kryzysie swoją szansę na podreperowanie wizerunku. Wsiadają w autokar i pędzą do Indiany, by pomóc Emmie i walczyć razem z nią o SPRAWĘ.

By streścić moją ocenę filmu powiem tak: jest cukierkowo, kolorowo, brokat się sypie, cekiny błyszczą, w fabule jeden stereotyp goni drugi. Nie wiem, nie żyję w Indianie, ale trochę ciężko mi uwierzyć, że ludzie naprawdę są tam takimi ignorantami, by na poważnie wygłaszać kwestie typu: „chodzę do kościoła, więc jestem dobrym człowiekiem”. Co tam, że Pismo Święte przyjmuję wybiórczo i najwyraźniej uważam, że niektóre przykazania mnie nie dotyczą i wolno mi traktować innych podle. Chodzę do kościoła, więc jest ok. Wkurza mnie takie upraszczanie sprawy, bo jest krzywdzące wobec wszystkich normalnych chrześcijan na świecie, którzy nie zachowują się jak banda idiotów z ciemnogrodu. Stereotypów nie brakuje i po drugiej stronie – lesbijka oczywiście na początku musi być brzydkim kaczątkiem i chłopczycą bez stylu, by pod okiem geja z Nowego Jorku przemienić się w pięknego łabędzia. Mnie tam jej zwariowany styl akurat się podoba, ale widocznie się nie znam.

Cały film dzieli się jakby na dwie strefy, które nazwę roboczo „diwy” i „liceum”. Wątki fabularne związane z diwami to w większości kabaret. Dee Dee jest egoistką do granic możliwości, Angie ma obsesję na punkcie zagrania Roxie Hart w „Chicago”, Barry wchodzi w rolę wróżki chrzestnej, a Trent doprowadza wszystkich do szału nieustającym przechwalaniem się o Juilliardzie. Wątek liceum jest dużo poważniejszy rzecz jasna, jako że porusza kwestie homofobii, nietolerancji i wykluczenia ze względu na czyjąś orientację seksualną. Scena, kiedy Emma cała w skowronkach biegnie na swój bal tylko po to, by się dowiedzieć, że cała szkoła zbiorowo zrobiła ją w balona i totalnie poniżyła, naprawdę łamie serce. Oczywiście koniec końców przekaz musi być pozytywny, więc (SPOILER ALERT) wszystko kończy się dobrze, grzesznicy się nawracają, w tym również najświętsza z matek. Prawdopodobnie tylko dlatego, że problem zaczyna nagle dotyczyć jej własnej córki, ale co tam, dobre i to. Emma zostaje zaakceptowana, Barry godzi się ze swoją mamą, Dee Dee odnajduje miłość, Trent powołanie, a Angie dostaje w końcu rolę marzeń. Happy end, piosenka finałowa, wszyscy tańczą, konfetti leci z nieba.

Pisałam niedawno o kontrowersjach wokół filmu, nie bardzo chcę już do tego wracać, bo i nie ma tu chyba wiele więcej do dodania. Być może poza jednym – no obejrzałam ten „Bal” i szczerze Wam powiem, że ja nie bardzo kumam, o co ten szum. James Corden nie zagrał roli Oscarowej, ale doprawdy co było w niej takiego obraźliwego, to dalibóg nie wiem… Może mi to ktoś wyjaśni? Może ja w swej hetero-ignorancji po prostu czegoś tutaj nie jarzę? Owszem, miał te drobne maniery, ale mnie się wydawały bardzo stonowane, a poza tym o co tu się obrażać – są homoseksualiści, którzy dokładnie tak się zachowują, albo i nawet bardziej eksponują te manieryzmy, nie jest to przecież jakieś zakłamanie rzeczywistości chyba. Serio chodzi tu tylko o to, że koleś jest hetero? Całe mnóstwo hetero ludzi grało role o innych orientacjach seksualnych i nikt z tego nie robił takiego halo. Czemu na biednego Cordena się tak wszyscy uwzięli? Szczerze powiem, że po obejrzeniu filmu zrobiło mi się go strasznie żal, bo zagrał całkiem przyzwoicie, musicalowe numery miał niezłe, głos ma przyjemny, a jego postać była akurat jedną z bardziej sympatycznych.

Jako musical „Bal” jest całkiem w porządku. Może bez wielkiego szału, bywały lepsze musicalowe hity i bardziej zapadające w pamięć, ale piosenek fajnie się słucha, więc koniec końców film okazał się niezłą rozrywką. Nie spodziewajcie się manifestu kulturowego z pikietami na ulicach i burzeniem murów, tutaj w imię naszych ideałów walczymy piosenką, uśmiechem i dobrym sercem, i okazuje się, że to działa. Przekaz do bólu naiwny, utopijny wręcz i nie mający zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, ale ładny. Jeśli więc chcecie spędzić przyjemnie czas przy niezobowiązującym, ciepłym, pozytywnym filmie, pobujać się w rytm wpadających w ucho melodii, „Bal” zapewne nie powali Was na kolana, tak jak i mnie nie powalił, ale będziecie się dobrze bawić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.