Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię...
Na deskach
Różne

Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne
Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Plus / minus: Oscary (covid edition)

Nie wiem jak zacząć ten wpis, żeby było optymistycznie. W ostatnich tygodniach podjęłam z samą sobą wyzwanie, by nadrobić nominowane do nagród Akademii filmy, których z jakichś powodów nie mogłam obejrzeć wcześniej. Wyszłam z niego zwycięsko, ale ze smutkiem przyznaję, że odbyło się to sporym kosztem. Jakie są realia, wszyscy wiemy. Wirus nie odpuszcza. Gala się co prawda odbędzie, ale w kilku miejscach, przy rozmaitych ograniczeniach i z wielu względów będzie nietypowa. A co z kinem? Czy prawdą jest, że kino zubożało przez tę całą pandemię? Cóż, trudno to orzec z całkowitą pewnością, ale niestety wygląda na to, że tak. Mnóstwo filmów zaliczyło opóźnienia w realizacji, a nawet jak już są zrealizowane, to wciąż oczekują na premierę, bo kina zamknięte. Niektóre tytuły od razu powędrowały do streamingu, bo chyba znudziło im się już czekanie. Jakby nie było, ja osobiście i całkowicie subiektywnie, tegoroczną stawkę w kategorii „Najlepszy film” oceniam jako słabszą, niż rok czy dwa lata temu, by nie wybiegać za bardzo wstecz. Przypadek? Gorszy rok? Wirus? W sumie nie ma to większego znaczenia, mamy to co mamy. Przyjrzyjmy się więc temu bliżej. Najlepsze filmy roku. Będzie dużo spoilerów i to potężnych, uczciwie ostrzegam.

Plamy na kartach historii

Zacznijmy od „Manka”. Po części dlatego, że mając najwięcej nominacji jest naturalnym faworytem, po części dlatego, że jak się tak patrzy na całokształt filmu (temat, reżyser, obsada, stylistyka etc.) wszystko w nim aż krzyczy, że POWINIEN być faworytem, a po części dlatego, że hype związany z jego premierą był chyba większy niż w przypadku pozostałych filmów razem wziętych. Netflix promował go tak intensywnie, jakby już czuł ciężar statuetki w rękach. Człowiek rozpoczynając seans doświadcza silnego mrowienia na kręgosłupie, bo oto jest, ten wielki, niesamowity „Mank”, który powali wszystkich na kolana. Niestety film chyba sobie tym strzelił we własne kolano, bo koniec końców więcej obiecuje, niż faktycznie daje. Dla porządku: „Mank” jest historią o tym, jak Herman Mankiewicz (Gary Oldman) napisał scenariusz do „Obywatela Kane’a”, przez wielu uważanego za najlepszy i najbardziej przełomowy film w dziejach kina. Orson Welles, który w ramach swojej umowy ze studiem filmowym dostaje całkowicie wolną rękę, wysyła pijanego przez większość czasu Manka, razem z jego złamaną w wypadku nogą, na jakieś odludzie na środku pustyni, by ten, z dala od używek i w ogóle wszystkiego, napisał dla niego scenariusz. Mank siedzi i tworzy, w międzyczasie wspominając wydarzenia, które go tu doprowadziły i zainspirowały do napisania tego, co pisze. Film jest stylizowany na dzieło z tamtej epoki – nie chodzi mi tylko o czarno-biały kolor, ale też sposób kręcenia poszczególnych ujęć, wyciemnienia pomiędzy nimi, taki trochę jakby przydymiony obraz, analogowy dźwięk itd. Nie jestem historykiem kina ani wielkim znawcą filmów z lat 30-tych, ale różnicę wyczuje każdy laik. Niestety z innymi kwestiami ktoś, kto nie jest historykiem kina ani filmoznawcą, będzie miał problem. W każdym razie ja miałam.

„Obywatela Kane’a” owszem widziałam, ale było to raz i dość dawno temu, i szczerze mówiąc nie dostałam na jego punkcie aż takiej szajby, żeby chciało mi się zgłębiać kontekst jego powstania. Tak więc bardzo wiele kluczowych dla fabuły „Manka” nazwisk było mi znajomych bardzo mgliście i ogarnięcie kto, z kim i co okazało się trudne. Założyłam, że film mi te zawiłości wyjaśni, a tymczasem film najwyraźniej założył, że ja to już wszystko wiem. „Mank” wydaje się być przeznaczony dla widzów, którzy ten kontekst po prostu znają. Czasem jest tak, że ogląda się film i mimo braku wystarczającej wiedzy o tle historycznym, fakty są tak zgrabnie przemycane, że człowiek nie odczuwa frustracji, że czegoś nie wie, bo szybko zaczyna chwytać. Z „Mankiem” miałam dokładnie odwrotnie – poziom mojej frustracji osiągał zenit, bo nie mogłam poskładać do kupy kolejnych strzępków. Częścią problemu, przynajmniej dla mnie, były niemiłosiernie długie monologi i dialogi, współgrające rzecz jasna ze stylistyką, ale umniejszające w znaczny sposób przyjemność z seansu. Do tego stopnia, że kilka razy zaczynałam warczeć pod nosem: „ojaniemogę, skończcie już”. Reżyser David Fincher przyzwyczaił mnie do tego, że nawet z najprostszych historii potrafi wydobyć taki klimat, że widzowi tyłek sam zjeżdża na krawędź fotela, a paznokcie wbijają się w obicie. Tutaj mnie to fincherowskie napięcie nie dosięgło. Wykwintni kinomani zapewne docenią kunszt scenariusza i całego filmu, mnie „Mank” szczerze mówiąc wynudził, a z całej obsady najsilniejsze emocje wzbudziła we mnie skromna Tuppence Middleton w roli „biednej Sary”. A szkoda, bo pomijając te wszystkie kwestie, sam przekaz filmu jest niezwykle trafny. Dzieło nie jest laurką dla starego Hollywood, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Wręcz przeciwnie, rozlicza je z obłudy, upolitycznienia, wiecznego podliczania zysków, które jest zawsze nadrzędne względem sztuki. W mojej skromnej opinii owo rozliczenie nie wybrzmiewa wystarczająco silnie, ginąc w potoku słów i niekończących się monologów, z których każdy jest równie zawiły i rozwlekły jak metafora o „małpce kataryniarza”.

Jeśli chodzi o tempo akcji i przykuwanie uwagi widza, a w każdym razie mojej, „Proces siódemki z Chicago” jest totalnym przeciwieństwem dzieła omawianego powyżej. Znów, dla porządku: film referuje przebieg procesu przeciwko liderom różnych grup, które w 1968 roku w Chicago, w czasie trwającej tam konwencji Partii Demokratycznej, zorganizowały demonstrację przeciwko wojnie w Wietnamie. Demonstracja przerodziła się w krwawe zamieszki między protestującymi a policją, a po zmianie władzy liderzy strajku zostali oskarżeni o spisek w celu podżegania do przemocy. Inne czasy, inny temat, ale sytuacja dla mnie w sumie podobna – również w przypadku tego filmu miałam jedynie mgliste pojęcie o jego historycznym tle. Pewne podstawowe informacje na temat zamieszek w Chicago miałam, ale już o samym procesie nie wiedziałam właściwie nic. A mimo to weszłam w rytm bardzo szybko i film oglądało mi się świetnie. Aaron Sorkin jest właściwie specjalistą od błyskotliwych scenariuszy i naprawdę czuje się ten jego styl. Począwszy od pierwszego montażu, gdzie wszystkie osoby dramatu są przedstawione (dosłownie: z nazwisk i funkcji) i to w taki sposób, że od razu da się wyczuć, jak ułoży się dynamika między nimi. Można oczywiście wysunąć zarzut, że jest to tani chwyt, no ale ten chwyt działa. O ileż łatwiej śledzić wydarzenia i inwestować emocje w tytułowy proces, kiedy człowiek nie musi rozkminiać kim są ci wszyscy ludzie.

Co do owych ludzi, słuszny wydaje się również zarzut, że Sorkin „wypiera” nieco swoich bohaterów z radykalizmu, przestawiając ich w jednoznacznie pozytywnym świetle jako grupkę niegroźnych inteligentów, walczących „w słusznej sprawie” o zakończenie idiotycznej wojny. Niezależnie od sympatii politycznych autora oraz tego, czy się z nim zgadzamy czy nie, sam film broni się obsadą. Bardzo barwni Sacha Baron Cohen i Jeremy Strong jako liderzy Yippies zderzają się światopoglądowo z przywódcą Studentów na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa, granym przez Eddiego Redmayne’a. Yahya Abdul-Mateen II w roli lidera Czarnych Panter bez końca wali głową o mur, choć w czasie zamieszek nawet go w Chicago nie było i został oskarżony, bo… bo tak. Pośrodku tego wszystkiego adwokaci (Mark Rylance i Ben Shenkman) starają się nawigować między tarciami wśród swoich klientów, a ewidentnie stronniczym procesem, którym dyryguje bucowaty i niekompetentny sędzia (wybornie antypatyczny Frank Langella). Po drugiej stronie barykady prokurator o uroczo-chłopięcej twarzy Josepha Gordona-Levitta wydaje się autentycznie zażenowany przebiegiem wydarzeń na sali sądowej i nawet mu zaczynamy współczuć, że musi oskarżać w sprawie, w którą sam nie do końca wierzy. Wszyscy oni, razem z wisienką na torcie w postaci świetnego epizodu Michaela Keatona, zrobili na mnie naprawdę dobre wrażenie. Broni się również Sorkin-reżyser, sprawnie budując napięcie i splatając ze sobą plany czasowe demonstracji i zamieszek oraz procesu sądowego. Polityczne tło jest nieprzypadkowe, gdyż film miał swoją premierę w przededniu wyborów prezydenckich w USA, zupełnie jakby Sorkin chciał zacytować swoich demonstrantów i powiedzieć Amerykanom: „Cały świat patrzy”, wybierzcie mądrze. Można wywrócić oczami na oczywiste zestawienie Trumpa z Nixonem, ale przyjemności oglądania to nie psuje. Nie wydaje mi się, by „Proces…” usiłował pretendować do miana arcydzieła, ale dla mnie był rozrywką znacznie lepszą niż wydumany „Mank”.

Pisząc o dziele Sorkina naturalne się wydaje, by wspomnieć o filmie „Judas and the Black Messiah”, jako że jego fabuła dzieje się nie tylko praktycznie w tym samym momencie historycznym (w filmie zostaje wspomniane, że Bobby Seale, przewodniczący Czarnych Panter, zasiada na ławie oskarżonych w procesie przeciwko liderom protestu, a śmierć Freda Hamptona zostaje pokrótce zreferowana w „Procesie…”), ale też w tym samym mieście. Spełniając powinność: „Judas…” opowiada o działalności Freda Hamptona, szefa oddziału Czarnych Panter w Illinois oraz o działalności FBI przeciwko niemu, zakończonej krwawą strzelaniną i śmiercią Hamptona w jego własnym mieszkaniu w grudniu 1969 roku. Cóż mogę rzec dalej? Zreferowane wydarzenia są rzeczywiście bulwersujące. Pomijając już sam fakt, czy Czarne Pantery rzeczywiście były „największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego”, jak określił ich J. Edgar Hoover i czy Fred Hampton faktycznie był niebezpiecznym terrorystą, nawołującym do mordowania policjantów, fakty potwierdzone po latach wydają się dowodzić niezbicie, iż nalot na jego mieszkanie był po prostu skrupulatnie przygotowaną egzekucją.

Niestety tylko finałowa scena feralnej strzelaniny obudziła we mnie jakiekolwiek emocje. Cała reszta filmu jest, cóż… nieciekawa. Fabuła opiera się na dwóch osobach, zgodnie z tytułem: Fredzie Hamptonie i Williamie O’Nealu, który po debilnej wpadce przy kradzieży samochodu zostaje zwerbowany przez FBI i umiejscowiony w szeregach Czarnych Panter jako szpieg. Jego działalność była kluczowa dla przeprowadzenia nalotu. Przekazał agentom plan mieszkania i dosypał Hamptonowi środek usypiający do napoju, przez co w trakcie strzelaniny był on nieprzytomny i była pewność, że będzie łatwym celem. Grający główne role Daniel Kaluuya i Lakeith Stanfield wykonali świetną robotę, ale patrząc na słowa i czyny ich postaci nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pełno w tym wszystkim niekonsekwencji. Hampton w jednej scenie zachowuje się jak totalny społecznik, jedyne na czym mu zależy, to jedzenie dla dzieci i darmowa przychodnia. A w następnej wychodzi na scenę do ludzi i mówi, że zabicie policjanta („świni”) da największą satysfakcję. Można polemizować, czy czas na pokojowe dochodzenie swoich praw faktycznie się skończył i ugrać cokolwiek da się jedynie przemocą – nie umiem ocenić zasadności takiego argumentu, nie będąc prześladowanym członkiem mniejszości etnicznej, ale film pozostawił we mnie silne wrażenie, że agresję potęgowały obie strony. A na przeciwnym krańcu tego wszystkiego mamy O’Neala, równie niekonsekwentnego, postać tragiczną jak sam Judasz. Nie da się ukryć, że jest szantażowany przez służby i w wielu sytuacjach bezwzględnie przymuszany, a z drugiej strony przez większość czasu sprawia wrażenie, że mu wisi ta cała sprawa, chce tylko zarobić swoje 30 srebrników. Przychodzi na spotkanie ze swoim agentem prowadzącym jak jakiś boss, cygarko, siema stary, co masz dla mnie na dziś. Im bardziej niebezpiecznie rozwija się dla niego sytuacja, tym bardziej zaczyna się zachowywać jak spłoszona sarna. Koniec końców nie czułam sympatii do nikogo i poza niesmakiem w ustach, że władza bezwzględnie usunęła niewygodnego człowieka i nikt jej nic za to nie może zrobić, „Judas…” nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.

American dream

Jak zdają się dowodzić tegoroczne nominacje, historia to nie tylko głośne procesy, zabójstwa, walka o prawa człowieka i arcydzieła zmieniające oblicze kultury. To również historie małe, historie małych ludzi, o których pamiętają tylko ich dzieci. Takie jest „Minari”, które z tego co gdzieś wyczytałam jest w dużej mierze opowieścią autobiograficzną scenarzysty i reżysera Lee Isaaca Chunga, opierającą się na jego wspomnieniach z dzieciństwa. Zreferujmy: koreańska rodzina, małżeństwo z dwójką małych dzieci, przeprowadza się do Arkansas, w dużej mierze z woli głowy rodziny, Jacoba, który wymarzył sobie farmę. Na farmie tej hodował będzie koreańskie warzywa i owoce. Jego żonie Monice nie podoba się mieszkanie w baraku na kółkach na kawałku pustej ziemi na zadupiu, ale co tam, wszak mąż realizuje swój amerykański sen, musimy mu kibicować. Niebawem dołącza do nich babcia, która ma nieco ubarwić nijakie życie rodziny, a przede wszystkim sprawić, że Monica będzie się czuła mniej samotna, co niestety udaje się tylko na początku. Jeśli z mojego opisu daje się wyczuć negatywne emocje, nic na to nie poradzę – recenzje zachwyconych widzów obiecywały mi ciepłą i budującą historię o rodzinie realizującej swój amerykański sen. Nie wiem czy mi ktoś film podmienił, czy co, ale ja nie widziałam historii ani ciepłej ani budującej.

Matuchno kochana, ależ mnie to irytowało wszystko. Niech was nie zwiedzie sielsko-anielski plakat z rodzinką trzymającą się za ręce i amerykańską flagą w tle – ta rodzina wcale nie jest razem. Nie czuć tu ani ciepła, ani miłości, ani jedności. Małżeństwo w zasadzie prawie cały czas jest skłócone, albo przynajmniej wyraźnie chłodne wobec siebie, dzieci nie mają nic ciekawego do roboty, poza łażeniem z babcią do lasu. Babcia na początku wygląda obiecująco, ze swoimi tekstami o zepsutych siusiakach, graniem w karty i uosabianiem koreańskiej kultury, ale po chwili i to się rozpada. Jacob nie jest w stanie porzucić marzenia o farmie, nawet kiedy piętrzą się przed nim kolejne problemy. Monica jest coraz bardziej nieszczęśliwa. Kręci się ta spirala smutku i kręci. Myśli sobie człowiek: no dobra, w końcu im się uda, miało być przecież ciepło i budująco. Guzik. Na końcu babcia przypadkowo puszcza z dymem całą szopę z plonami ciężką krwawicą wyhodowanymi i koniec filmu, zaczynamy od zera. Ok, nie całkiem od zera. Babcia w lesie zasadziła zioło minari, które pięknie wyrosło i jest teraz całym dobytkiem rodziny. Jak rozumiem to miał być ten optymistyczny, ciepły obrazek na koniec, że jednak nie wszystko zdechło i promyk nadziei wciąż świeci. Ja niestety miałam w tym momencie już dość, a moja więź emocjonalna z tą rodziną była do tego stopnia nieistniejąca, że zakończenie tylko mnie ostatecznie dobiło.

Kolejny film, który mnie zawiódł, a miał mnie zachwycić: „Nomadland”. Wszystko wskazuje na to, iż jest to niekwestionowany faworyt. Zachwytom i peanom końca nie ma. W skrócie: inspiracją dla filmu był reportaż „Nomadland. W drodze za pracą”, napisany przez Jessicę Bruder. Przełożona na fabułę przez Chloé Zhao historia podąża za Fern, kobietą w żałobie po śmierci męża, która w wyniku kryzysu traci środki do życia, gdy jej miasto bankrutuje. Fern pakuje niezbędne do życia przedmioty do swojego vana i rusza w drogę, dołączając do społeczności współczesnych nomadów. Jedzie z miejsca na miejsce, od jednej dorywczej pracy do drugiej, spotyka innych nomadów, zawiera przyjaźnie, a potem znów jedzie i tak w kółko. I w zasadzie tyle. No dobra, ja rozumiem, że to miał być traktat filozoficzny, z jednej strony o uwalnianiu się z jarzma kapitalizmu i jakby drugiej stronie amerykańskiego snu, a z drugiej o oczyszczającym życiu w drodze i rozprawianiu się z własnym smutkiem i żałobą. Byłoby to wszystko piękne, wzruszające i zmuszające do refleksji, gdyby nie było takie… zimne.

Nie chodzi o to, że film jest smutny. Jego problem w moim odczuciu polega właśnie na tym, że NIE JEST smutny. Jest jakby wyprany z emocji. Może to we mnie tkwi jakaś blokada, a dusza moja nie jest typem nomady i dlatego nie jestem w stanie tego zrozumieć, ale film niestety do tej filozofii życiowej mnie nie przekonał. Jeśli usiłował mi pokazać głębię wędrownego stylu życia i że nomadzi odnajdują w tym prawdziwą radość i sens egzystencji, to ja tego nie kupuję. Przeciwnie, widzę tylko ludzi, którzy tego sensu wciąż nie odnajdują i dlatego coś ich ciągle gna w następne miejsce. Jakby wmawiali w siebie nadzieję, że już za chwilę, za następnym zakrętem ten sens się objawi, a tymczasem on nadal nie nadchodzi. Prawdopodobnie się mylę, ale takie miałam odczucia. A przecież powinna w tym być jakaś głębia i powinnam to zobaczyć, wszak w filmie występują prawdziwi orędownicy takiego trybu życia. Sama Fern jest postacią fikcyjną, ale ludzie, których spotyka na swej drodze to prawdziwi nomadzi. Ci ludzie grają w filmie samych siebie. Momentami niektóre sceny mają jakby paradokumentalny charakter – obserwujemy nomadów na zgromadzeniach, przy pracy, bohaterka rozmawia z nimi jakby przeprowadzała wywiad. Jest w tym rzecz jasna autentyzm, ale niestety paradoksalnie potęguje jeszcze bardziej wrażenie zdystansowania się od bohaterów. Utożsamienie się z Fern nie jest wcale łatwiejsze. Frances McDormand jest moim zdaniem aktorką wybitną. Ale tej postaci nie lubię. Fern jest tak zimna i zamknięta w sobie, że ciężko cokolwiek do niej poczuć, co jeszcze samo w sobie nie jest złe, bo smutek i żałobę każdy przeżywa na własny sposób. Gorzej, że przez ten mur nie jestem w stanie jej uwierzyć. Kiedy zamyślona patrzy w horyzont, nie wierzę jej, że widzi tam jakąś prawdę objawioną. A mimo to wsiada w samochód i ciągnie nas za sobą dalej tą zimną, nijaką pustką na kółkach. „Do zobaczenia na trasie.”

Zemsta jest kobietą

„Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. Zakochana jestem w tym filmie. Jedno wam powiem od razu: Carey Mulligan! O żesz, już dawno nie sprawiła mi swoją rolą takiej przyjemności. Jest zjawiskowa, hipnotyzująca wręcz. Spośród nominowanych pań to moja zdecydowanie ulubiona kreacja. Ale po kolei: Cassie miała świetlaną przyszłość przed sobą. Medyczne studia, kariera. Nic z tego nie wyszło, początkowo nie wiemy dlaczego. Teraz mieszka z rodzicami, pracuje w jakiejś kawiarence, dalekie to bardzo od jej wcześniejszych ambicji. Świat wydaje się tego nie rozumieć, ale Cassie ma nową misję. Wieczorami chodzi do barów, gdzie udając zalaną w trupa łatwą panienkę daje się podejść kolejnym zboczeńcom, którzy zabierają ją do domów i próbują pozbawić bielizny. Gdy już sytuacja nie pozostawia wątpliwości co do zamiarów delikwenta, Cassie błyskawicznie trzeźwieje i poddaje niedoszłego gwałciciela bezlitosnej konfrontacji. A potem wraca do domu i odznacza kolejnego zdemaskowanego zboka kreseczką w notesiku. Z czasem zaczynamy składać ten dramat do kupy: najlepsza przyjaciółka Cassie została na imprezie zgwałcona przez ich kolegę ze studiów. W sposób publiczny, w sensie na oczach innych kolegów. Wszyscy to uznali za śmieszne i nikt dziewczynie nie pomógł ani w trakcie, ani po. Kiedy wytrzeźwiała i oskarżyła o gwałt mega popularnego gwiazdora uczelni, nikt się za nią nie wstawił, nikt jej słów nie potwierdził, nikt jej nie uwierzył. Posypała się zupełnie i zrezygnowała ze studiów. A potem zrezygnowała również Cassie, chcąc pomóc przyjaciółce pozbierać się do kupy. Nie udało się, Nina odebrała sobie życie. Cassie żyje z traumą i poczuciem winy, które ją totalnie zżera od środka. Nie jest w stanie sobie wybaczyć, że nie było jej wtedy z Niną na imprezie i nie zapobiegła nieszczęściu. Nie wydaje mi się jednak, by polowanie na drapieżników było formą zadośćuczynienia zmarłej przyjaciółce, raczej jest to przejaw totalnej utraty wiary w mężczyzn i ludzką przyzwoitość. Gdy przypadkowo powraca nazwisko gwałciciela Niny, który ma się świetnie, robi karierę i planuje ślub z jakąś ślicznotką, trauma zaczyna się w Cassie nawarstwiać, prowadząc do metodycznie przez nią przygotowanego spektaklu zemsty.

Cassie jest bohaterką doskonałą. Dzięki niej przeżywamy cały wachlarz ludzkich emocji: wściekłość i smutek z oczywistych powodów, ale też radość i tę odrobinę nadziei, że może ten jeden uroczy chłopak, który zaczyna jej się podobać, nie okaże się totalną świnią (podpowiedź: okaże się). Łatwo się zarazić zarówno jej cynizmem, gdy przez zbędnie długą pauzę pozwala dwulicowej pani dziekan wierzyć, że jej córka znajduje się właśnie w sidłach jakichś podejrzanych typów, jak i dziewczęcym urokiem, gdy próbuje zaprosić chłopaka na randkę. A gdy chodzi o facetów, jest bezwzględna. Nie ma skrupułów, żeby napluć jednemu do kawy, a drugiemu rozwalić szybę w samochodzie. Miny jej „ofiar”, gdy orientują się co się dzieje są doprawdy bezcenne. W jednej sekundzie zamieniają się w wystraszonych chłoptasiów, których zła wiedźma pozbawiła męskości. Zemsta za Ninę rozpisana jest na cztery akty, stopniowo budujące napięcie tak bardzo, że gdy w końcu dochodzi do konfrontacji z gwałcicielem, człowiek boi się zamrugać, żeby nie stracić ani sekundy. Ostatni akt zaskakuje, ale też daje satysfakcję na swój nieco gorzki sposób. A wszystko to jest opakowane przez scenarzystkę i reżyserkę Emerald Fennell w cukierkowo-kolorową stylistykę, ze śpiewaniem pop hitów w aptece, z tęczowymi paznokciami Cassie, różowymi sweterkami i wstążkami we włosach. Genialne po prostu.

Anatomia rozpadu

Było o fantastycznej bohaterce, to na koniec o dwóch fantastycznych bohaterach, a także o dwóch fantastycznych filmach, jaśniejących wśród nominacji niczym diamenty. Zestawiam je ze sobą, bo oba opowiadają historie ludzi, którzy tracą w pewien sposób sprawność i muszą sobie z tym faktem poradzić. Ale tylko jeden z filmów daje swojemu bohaterowi nadzieję na przyszłość. „Sound of metal”. Stałym zwyczajem na wstępie: bohaterem filmu jest Ruben, perkusista występujący razem ze swoją dziewczyną, który nagle, właściwie z dnia na dzień, traci całkowicie słuch. Powodem jest prawdopodobnie wieloletnie wystawianie uszu na łomot (bo inaczej nie da się określić muzyki granej przez bohaterów), jest to jednak sprawa drugorzędna, bo nie powód się liczy. Ruben nagle musi się odnaleźć w zupełnie nowej rzeczywistości, bez muzyki i w kompletnej ciszy. Sprawę utrudnia fakt, że jest też trzeźwym narkomanem, więc mierzenie się z takim osobistym dramatem może okazać się szybką drogą powrotu do nałogu. Sponsor załatwia mu miejsce w placówce dla głuchych nałogowców na jakimś odludziu, gdzie ludzie podobni do Rubena znajdują bezpieczną przystań, chronią się przed nawrotem, ale też uczą się żyć z głuchotą, poznają język migowy i próbują ruszyć z życiem do przodu.

Grający Rubena Riz Ahmed jest absolutnie fenomenalny. Wciela się w postać, która na przestrzeni filmu jest emocjonalnie, jak to się po zachodniemu mówi, „all over the place”. Na początku pewny siebie, zadowolony z życia, nagle wpada w otchłań przerażenia i rozpaczy, by za chwilę, gdy lekarz mu cośtam napomina o jakichś implantach, rzucić się na tę myśl jak tonący na brzytwę i wmawiać sobie, że „właściwie nic się nie stało, zrobimy operację i będzie jak dawniej”. Dla jego dziewczyny Lou ważniejsza jest trzeźwość Rubena, więc siłą go zmusza, by został w ośrodku i pracował nad sobą, po czym go tam zostawia i wyjeżdża. I znów otchłań. Na szczęście Lou jest dla Rubena całym światem, więc choćby nie wiem co, musi dotrzymać złożonej obietnicy. Zaczyna terapię. Na początku nerwowo, niespokojnie. „Ależ to jest głupie”. I z czasem dzieje się coś niesamowitego. Ten nerwowy, rozdygotany chłopak zaczyna odzyskiwać spokój. Uczy się porozumiewać, nawiązuje przyjaźnie, pomaga w zajęciach z głuchymi dzieciakami, nawet jego opiekun Joe (fantastyczny Paul Raci) widzi to i proponuje mu pracę w ośrodku. Odnalazł się tam, będzie dobrze. Wszystko szlag trafia, gdy Ruben dowiaduje się, że Lou jakoś sobie układa życie w Paryżu i nagle powraca nerwowość, strach, niepokój, „operacja, implanty”. Ruben sprzedaje cały swój dobytek, by opłacić zabieg, cały czas wierząc naiwnie w to, że potem wszystko będzie jak dawniej. Niestety. Założenie implantów jest kubłem zimnej wody. On sobie biedak myślał, że będzie słyszał normalnie, a tymczasem dźwięk jest metaliczny, nienaturalny, brzydki. Lekarka mu tłumaczy, że implanty nie naprawiają uszu, tylko je omijają i oszukują mózg. Uszy dalej są zepsute, już zawsze będzie słyszał właśnie tak. To jest jak zderzenie się ze ścianą. Nie będzie „jak dawniej”, nie będzie muzyki. Nic to, jedziemy do Paryża, bo przecież najważniejsza jest Lou, potem się wszystko ułoży. Problem w tym, że wszystko się już zmieniło. Lou jest inna, ale przede wszystkim zmienił się Ruben – terapia po utracie słuchu była niezwykle ciężka, ale udało mu się uzyskać pewną równowagę, wyciszyć się (jakkolwiek głupio by to zabrzmiało w kontekście jego niepełnosprawności) i w pewnym sensie obsesja na punkcie Lou, muzyki i powrotu za wszelką cenę do tego, co było kiedyś, paradoksalnie tę równowagę od nowa burzy. Najlepszym świadectwem, jak daleką drogę przebył Ruben (w emocjonalnym sensie) jest to, że nie tylko to widzi, ale też godzi się z tym. „To nic, Lou. Jest w porządku. Uratowałaś mi życie”. Morze łez się wylewa (również moich), ale koniec końców jest też nadzieja. Bo oto Ruben wychodzi, siada sobie gdzieś na jakiejś ławeczce, ściąga aparaturę z głowy i obserwuje świat w ciszy. Głęboki wdech, a na jego twarzy spokój i coś na kształt… ulgi.

Niesamowita w „Sound of metal” jest nie tylko sama historia. Reżyser Darius Marder wsadza nas w skórę Rubena. Gdy bohater traci słuch, my również nic nie słyszymy. Są w filmie bardzo długie fragmenty ciszy, kiedy czujemy się równie sfrustrowani jak Ruben, bo tak jak on nie słyszymy ludzi wokół niego. Na początku terapii, gdy Ruben siedzi jak cielę pośród innych głuchych, bo nawijają do siebie w języku migowym, którego on nie rozumie, my również siedzimy jak cielęta, bo na ekranie nie ma napisów. Pojawiają się dopiero wtedy, gdy Ruben zaczyna język migowy rozumieć. Jesteśmy z nim w tej podróży, wciągnięci siłą w jego rzeczywistość. To współodczuwanie z bohaterem jeszcze silniej staje się naszym udziałem w przypadku „Ojca”.

Nie wyprzedzając faktów, najpierw nakreślmy tło: Anthony jest starszym panem, Anne jest jego córką. Ona usiłuje się nim opiekować, on uparcie twierdzi, że żadnej opieki nie potrzebuje. Nie da się nigdzie zamknąć i nikt mu się nie będzie rządził w jego mieszkaniu. Profesjonalnej opiekunki się pozbył, bo na co mu ona, a tak w ogóle to ukradła mu zegarek. I tak strasznie by chciał, żeby odwiedziła go druga córka, jego ulubienica. Leci scena za sceną, a my powoli tracimy grunt pod nogami, zupełnie jak Anthony. Mieszkanie nie jest jego, bo już jakiś czas temu przeprowadził się do Anne i nawet tego nie poznaje. Zegarka nikt mu nie ukradł, sam go gdzieś wsadził i nie pamięta. A jego druga córka nie żyje.

Na początku nam się wydaje, że ogarniamy. Ale potem już nie. Nagle w mieszkaniu pojawia się jakiś facet, który podaje się za męża Anne (ale przecież Annie się rozwiodła…?). Mówi, że nazywa się Paul (czy tamtemu nie było czasem James…?). Za chwilę przychodzi Anne. Ale to przecież nie jest Anne, to jakaś inna kobieta. No ale mówi, że to ona jest Anne. Anthony patrzy bezradnie i pyta ze strachem: „Co się tu dzieje?”. No właśnie, co tu się dzieje? Chaos narasta z każdą minutą. Wraca pierwsza Anne, ale pojawia się jakiś nowy Paul. Wszystko się miesza, czas się gubi, było rano, jest wieczór, zegarek, na którego punkcie Anthony ma obsesję, raz jest, a raz gdzieś znowu ginie, sceny powtarzają się w kółko, ze ścian znikają obrazy (były tam w ogóle?), ktoś wychodzi z pokoju z uspokajającym „zaraz wracam”, Anthony woła przerażony: „Nie zostawiaj mnie tu samego!”, a my mamy ochotę krzyknąć w ekran: nie wychodź, bo zaraz stanie się coś złego! Nie wiemy już zupełnie, co jest prawdziwe, a co nie, bo wszystko wydaje się jedną wielką mieszaniną wspomnień i urojeń. Anthony cierpi na chorobę Alzheimera. Za sprawą genialnej roli Anthony’ego Hopkinsa i poruszającej wizji reżyserskiej Floriana Zellera (który nawiasem mówiąc przełożył na film własną sztukę teatralną) poczułam się tak, jakbym siedziała w głowie tego biednego staruszka, równie zdezorientowana i przestraszona. Smutek i współczucie dla bohatera pogłębia jeszcze nasza bolesna świadomość, że to już jest droga w jedną stronę, Anthony’emu nigdy się nie polepszy. Naprawdę bardzo, bardzo dobry film.

Zakończyliśmy ciężką nutą, ale też kawałkiem dobrego kina. Trudno się wśród omawianego przeze mnie zestawienia dopatrzyć filmu prawdziwie optymistycznego, co wpasowuje się doskonale w cały ten smutny i dołujący covidowy rok. Tym bardziej wdzięczna jestem za te kilka perełek, które co prawda niekoniecznie dostarczyły śmiechu, ale przynajmniej podniosły mnie na duchu po kilku godzinach nudów i niespełnionych oczekiwań. A teraz poszukam sobie czegoś weselszego.