Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię...
Na deskach
Różne

Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne
Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Plus / minus: „Sokół z masłem orzechowym”

W założeniu blog ten miał się całkiem odcinać od wszelkich społeczno-polityczno-kontrowersyjnych tematów, miały być tylko oceny filmów jako takich, bez angażowania się w światopoglądowe dylematy. Tymczasem ostatnio jakoś tak samo to wychodzi, że mi nie wychodzi. A to serial o autyzmie, a to film feministyczny, a to o mniejszościach coś… Zaczęłam się zastanawiać, czemu tak się dzieje i doszłam do wniosku, że kiedyś było inaczej. Po pierwsze, kiedyś chyba nie było aż takiego zaangażowania społecznego w branży filmowej, nie było takiego parcia, żeby kręcić filmy na WAŻNE TEMATY. Nie że w ogóle takich filmów nie było, ale być może nie było ich aż tyle i na tak wysokim poziomie artystycznym, by przebić się przez gąszcz produkcji, nazwijmy to, neutralnych. Dziś mam wrażenie, że jest odwrotnie – ważnych tematów jest nagle tak dużo, że filmy, mówiąc w uproszczeniu, „o niczym” trudniej mają się przez to przebić. Ponadto filmy „o niczym” poddaje się dziś dużo surowszej krytyce i nagle okazuje się, że wcale nie tak łatwo zrobić film neutralny, który nikogo nie urazi, bo zawsze się jakiś hak znajdzie (nawet film zrobiony przez homoseksualistę, o homoseksualistach i dla homoseksualistów zebrał nie tak dawno straszliwe cięgi za to, że… źle przedstawia homoseksualistę). Słowo daję, za chwilę strach będzie kręcić cokolwiek i angażować kogokolwiek, bo już chyba nie ma „bezpiecznych” tematów ani ludzi w świecie filmu, którzy nie mają nic za uszami. A po drugie, z biegiem lat, doświadczeń i obejrzanych filmów, człowiekowi się wyostrza apetyt i już go nie zadowala byle co. Odkrywam coraz częściej, że film, który jeszcze kilka lat temu by mi się całkiem podobał, dziś kwituję obojętnym „meh”. Być może teraz film musi mieć w sobie coś więcej, żeby mnie poruszyć. Tak jak poruszył mnie skromny „Sokół z masłem orzechowym”.

Poruszył mnie na tyle, że naprawdę zapragnęłam o nim napisać, co w dobie dzisiejszych (bardzo skrajnych) nastrojów społecznych, nie przyjdzie mi szczególnie łatwo. Ale kij z tym. Zaznaczę tylko, w co może nie wszyscy uwierzą, że nie mam zamiaru na łamach bloga wypowiadać się po żadnej stronie sporu w temacie aborcji, czy to eugenicznej, czy to na życzenie – choć w którymś momencie społecznego poruszenia granica ta zaczęła się niepokojąco zacierać. Żeby było jasne, film w żadnym momencie NIE PORUSZA tematu aborcji i nie ma tu miejsca na nawiązania do tej dyskusji (o ile można użyć tak eleganckiego określenia na poziom kultury, który aktualnie obserwujemy), ale niestety pewne pośrednie, jak to określa mój brat, „złączenie synaps” może się objawić. Bowiem głównym bohaterem filmu jest młody chłopak z zespołem Downa.

Oglądając historię Zaka naszła mnie refleksja, że w naszych polskich realiach ostatnich miesięcy dużo się mówi o osobach niepełnosprawnych jedynie w kontekście ich rodziców, czy opiekunów. Argumenty są oczywiście bardzo słuszne – rodzice takich pociech mają znacznie trudniejsze zdanie, często tocząc codziennie heroiczną walkę, a pomoc od państwa czy jakichś instytucji często jest po prostu żadna. Należy też zaznaczyć, że niepełnosprawności jest niestety całe mnóstwo, niektórzy niepełnosprawni przez całe życie będą od kogoś zależni, bo nigdy nie osiągną nawet szczątkowej samodzielności, czy to ruchowej, czy intelektualnej. Szczególnie w przypadku takich schorzeń jak zespół Downa sprawa bardzo się komplikuje. Mamy tu cały szereg możliwych wad wrodzonych, z których większość jest mała i nie wpływa bezpośrednio na jakość życia, jednak jest na tyle stygmatyzująca, że wpływ ten pośrednio może wywierać bardzo silny. A z drugiej strony stałą cechą zespołu Downa jest upośledzenie umysłowe, które może być lekkie lub umiarkowane, ale może również być głębokie i uniemożliwić osiągnięcie samodzielności. W kontekście bycia opiekunem takiej osoby są to kwestie bardzo trudne i będące dziś przedmiotem publicznych rozważań.

Być może właśnie dlatego film „Sokół z masłem orzechowym” tak przyjemnie się ogląda. Bo oferuje spojrzenie na zespół Downa z całkowicie odwrotnej perspektywy – oczami osoby schorzeniem dotkniętej. Poczynając od tego, że Zak nie ma opiekuna. Nie ma rodziny, jest na świecie całkiem sam, a jego opiekunem de facto jest państwo. Pozwala nam to skupić całą naszą uwagę na nim, jego uczuciach i przeżyciach, a przede wszystkim na tym, jak on sam radzi sobie z byciem niepełnosprawnym. Opieka państwa zasadniczo polega na tym, że Zak jest zamknięty w domu opieki w towarzystwie zniedołężniałych staruszków i choć wstyd mi się teraz do tego przyznać, w pierwszej chwili nie wydawało mi się to jakoś szczególnie dziwne ani złe. No bo to tylko dzieciak z zespołem Downa, nie da sobie rady bez opieki, więc już lepiej niech siedzi bezpiecznie ze staruszkami i sobie żyje spokojnie. Moja ignorancja osiągnęła zenit, a tymczasem Zak widzi swoją rzeczywistość zupełnie inaczej.

Pierwsza scena. Zak odbiera przydzielony mu posiłek, upomina się o deser, wszystko z milusim uśmiechem, „proszę, dziękuję, jak się pani miewa”, po czym deser oddaje pewnej starszej pani w miłym geście życzliwości. „Aaaaawwww”, ależ uroczy chłopak, tak? Nie. Okazuje się, że wszystko to jest częścią diabolicznego planu, polegającego z grubsza na następującym ciągu wydarzeń: 1) starsza pani/wspólniczka będzie udawała, że się deserem krztusi, 2) stworzy w ten sposób dywersję, żeby 3) Zak mógł wypierniczyć stamtąd gdzie pieprz rośnie. Triumfalny bieg Zaka za drzwi dla niego zakończył się powaleniem na ziemię przez opiekuna, a dla mnie parsknięciem śmiechem tak silnym, że aż mi herbata nosem poszła. Fajne uczucie, kiedy już po dwóch minutach filmu człowiek nie ma wątpliwości, że seans będzie udany.

Dla Zaka dom opieki to więzienie. Jest młody, nie ma ochoty spędzać życia z ludźmi, od których dzielą go trzy pokolenia. I mimo swych ograniczeń ma łeb na karku, potrafi bowiem myśleć na tyle kreatywnie, żeby skonstruować w miarę sensowny plan ucieczki. Ma również ambicje – chce zostać wrestlerem. Obsesyjnie ogląda na starej kasecie video (oldskul) swojego idola, Zakapiora z Salt Water, i pragnie pojechać do jego szkoły wrestlingu. Jakkolwiek absurdalne wydawałoby się to marzenie, jest ono przynajmniej w teorii całkowicie możliwe do zrealizowania. Więc Zak po prostu nie rozumie, czemu musi żyć w zamknięciu. No i mamy zagwozdkę. Domy opieki nie są złe w dosłownym znaczeniu tego słowa. Dają bezpieczne schronienie osobie, którą nie ma się kto zaopiekować, niejednokrotnie pracują w nich ludzie z powołaniem i pasją, pokroju Eleanor, opiekunki Zaka. Tym niemniej możliwości takich instytucji są ograniczone. Pensjonariusze nie mogą sobie chodzić, gdzie im się podoba, bo jeszcze by nie daj Boże ktoś gdzieś zaginął, więc drzwi na świat siłą rzeczy pozostają dla tych ludzi zamknięte. I nawet przy najlepszych chęciach zorganizowania podopiecznym kreatywnie czasu, życie w takim miejscu często jest mniej życiem, a bardziej wegetacją. Koszmar dla młodego, pełnego życia chłopca.

Na pomoc rusza kolejny z pensjonariuszy, starszy jegomość o nieco zbereźnym sposobie bycia (fantastyczny epizodzik Bruce’a Derna) i pomaga Zakowi uciec, tym razem z powodzeniem. Wooooolnooooooość! No i ruszamy na nasze przygody. Szczęśliwym zrządzeniem losu Zak spotyka na swojej drodze Tylera, krętacza i kombinatora, ale o złotym sercu. Po początkowym wahaniu Tyler postanawia pomóc Zakowi, bierze go pod swoją opiekę i obiecuje odstawić go do szkoły Zakapiora z Salt Water. Ich tropem rusza oczywiście Eleanor, która szczerze troszczy się o Zaka i pragnie ściągnąć go bezpiecznie do domu. Cała reszta to klasyczne kino drogi. Bohaterowie odbywają oczyszczającą podróż nie tylko przez pół kraju, ale również w głąb siebie, rozprawiając się ze swoimi demonami i odnajdując przyjaźń.

Dynamika pomiędzy trójką głównych bohaterów stanowi jednocześnie największy plus filmu. Pomaga w tym obsada. Cudowny Zack Gottsagen w głównej roli udowadnia, że osoby niepełnosprawne również mogą lśnić na ekranie. Udźwignął cały emocjonalny ciężar historii w sposób autentyczny, zabawny i wzruszający. Jest prawdziwą gwiazdą. Partnerują mu Shia LaBeouf i Dakota Johnson w rolach Tylera i Eleanor. Ona jest taka, jak chyba być powinna – ciepła, uczuciowa, taki trochę typ opiekuńczej mamy. Niestety jest też nieco nijaka, być może dlatego, że naprzeciwko siebie ma silną aktorską osobowość. A taką niewątpliwie jest LaBeouf (odcinam się tym samym od ostatnich doniesień na jego temat – o nim jako człowieku mogę powiedzieć jedynie tyle, że życzę mu powodzenia na terapii, aktorem natomiast jest w mojej opinii fenomenalnym). Tyler przy całej swojej cwaniakowatości od razu przypada do serca, bo taki niby z niego z wierzchu twardziel, a w środku mięciutki jak świeży pączek z marmoladą.

A teraz do sedna. Zespół Downa. Podsumowując krótko, powiem tak: jako osoba totalnie ignorancka w temacie (nie mam w najbliższym otoczeniu osób nim dotkniętych) uważam, że film poradził sobie w sposób być może nieco naiwny, ale piękny, nie oferując co prawda gotowych rozwiązań, ale przynajmniej mówiąc o pewnych kwestiach. Podsumowując natomiast nieco dłużej: mamy tu trzy perspektywy, które zderzają się na naszych oczach. Najważniejszą jest oczywiście perspektywa samego Zaka. Jak już wcześniej wspominałam, Zak pragnie być wolny. Zamknięcie w domu opieki traktuje jak więzienie, z którego trzeba uciec. Ma marzenia i ambicje, i pod wieloma względami nie różni się niczym od każdego pełnosprawnego 20-latka. Z drugiej strony jest jednak również świadomy swojego stanu. Kiedy poznaje nową osobę, od razu ją informuje, że jest „osobą z zespołem Downa”, bo wie, że powinien być traktowany inaczej i że ten fakt o nim jest najważniejszy. Jego ucieczka wygląda jak porywanie się z motyką na słońce, no bo dobra, uciekł, ale co dalej? Co będzie jadł, z czego będzie żył, gdzie będzie spał? Trudno sobie wyobrazić sytuację, że Zak będzie kiedykolwiek w stanie samodzielnie się utrzymać. W tym tkwi jakby największy problem – nie jest całkowicie nieporadny, ale nie jest również całkowicie samodzielny.

Ten właśnie konflikt uwydatnia zderzenie dwóch pozostałych postaci. Perspektywa wobec Zaka zmienia się całkowicie w zależności od osoby, z którą Zak wchodzi w interakcje. Z jednej strony mamy Tylera, który włóczy się z chłopakiem po jakichś wygwizdowach i pozwala mu na różne idiotyzmy, typu: upijanie się bimbrem prosto z baniaka, czy smarowanie ryby masłem orzechowym. Z drugiej strony mamy Eleanor, która dla odmiany najchętniej nie pozwoliłaby Zakowi nic robić i tylko cały czas pilnuje, jak matka małego dziecka: zjedz, usiądź, nie stój tak blisko wody, uważaj. Z jednej skrajności w drugą. Nie ma wątpliwości, że Zak potrzebuje pewnego nadzoru, żeby sobie niechcący nie zrobił krzywdy, ale trudno odmówić Tylerowi racji, kiedy mówi: „Gdy ludzie nazywają cię przygłupem, dają ci do zrozumienia, że nie możesz zrobić nawet najprostszych rzeczy. Nie traktuj go jak przygłupa, bo się będzie czuł jak przygłup, nawet jeśli nie użyjesz wprost tego słowa. Tak mu nie pomożesz w życiu.”

Cała ta historia, choć kończy się sielankowo (spoiler alert – bohaterowie odjeżdżają razem w stronę zachodzącego słońca), mimo wszystko prowokuje do przemyśleń. Niestety w prawdziwym życiu nie każdy Zak odnajdzie swojego Tylera i swoją Eleanor. Realia są takie, że samotną osobę niepełnosprawną łatwiej (i taniej) wsadzić do domu opieki, niż zapewnić jej mechanizmy przystosowujące do samodzielnego życia. Choć wartość takich ludzi dla społeczeństwa może być ogromna, w praktyce socjalizacja niepełnosprawnych to wciąż pole, na którym więcej jest do zrobienia, niż zostało zrobione. W tym kontekście seans „Sokoła z masłem orzechowym” niech będzie pokrzepieniem i dawką pozytywnych emocji na poprawę nastroju, serwując nam ciepłą historię o zwykłych i „niezwykłych” ludziach, którzy radzą sobie w życiu, jak potrafią najlepiej.