Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię...
Na deskach
Różne

Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne
Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Tematycznie: Kodeks krytyka

Świat stanął na głowie. A właściwie może nie cały świat, ale Polska na pewno. Do wielu rzeczy da się przyzwyczaić. Wciskanie ludziom kitu za kitem i robienie z nich idiotów stało się normą. Z tym, że jajka na Wielkanoc stają się towarem ekskluzywnym, też ostatecznie można się jakoś pogodzić (no bo jaki mamy wybór?). Wiemy natomiast, że naprawdę źle się dzieje, gdy przemysł filmowy usiłuje dyktować krytykom, co im wolno, a czego nie wolno.

W dzisiejszym wydaniu tematycznym odniosę się do dwóch wydarzeń, które w ciągu ostatniego miesiąca ubarwiły nieco nasz smutny świat filmowy. Oj, było ciekawie. Na wstępie muszę zaznaczyć, że mam zamiar odnieść się tylko do zaistniałych sytuacji, a nie do filmów jako takich.

Kilka tygodni temu obiegła portale filmowe wiadomość, iż Jacek Samojłowicz pozwał do sądu Tomasza Raczka. Przyznam, że kiedy tę informację przeczytałam, pierwszą moją reakcją był niekontrolowany wybuch śmiechu. Potem przyszedł moment konsternacji i pomyślałam sobie: „oni tak na serio?”. Okazuje się, że chyba na serio. Sytuacja w skrócie wyglądała tak: Tomasz Raczek wybrał się do kina na „Kac Wawa”, po czym w kilku zdaniach komentarza na własnym profilu na Facebooku (czyli nawet nie w oficjalnej recenzji) nazwał to dzieło nowotworem złośliwym, który zabija szacunek do aktorów, po czym odradził pójście do kina.

Wielce to oburzyło producenta filmu, Jacka Samojłowicza, który zagroził krytykowi sądem, twierdząc przy tym, iż z powodu opinii Raczka stracił kilka milionów wpływów z filmu. Samojłowicz uważa (i ponoć zgadzają się z tym jego prawnicy), że Raczek złamał zasady etyki dziennikarskiej i przekroczył granice krytyki filmowej. Zdaniem producenta krytyk może się wypowiadać negatywnie o filmie (dziękujemy bardzo za to przyzwolenie), ale nie powinien nawoływać, by ludzie nie szli do kina, bo każdy ma prawo do własnej oceny. Czytaj: do wydania dwudziestu kilku złotych na bilet.

Po pierwsze – odradzanie komuś czegoś to jednak nie do końca to samo, co nawoływanie do czegoś. A po drugie – czegoś tu nie rozumiem (poza tym, że nie rozumiem w ogóle całej tej idiotycznej sytuacji). Czy nie o to właśnie chodzi w instytucji krytyka filmowego, żeby albo film polecił albo wręcz przeciwnie? Krytyk filmowy przecież w pewnym sensie bierze za widza odpowiedzialność. Ja na przykład często czytam opinie o filmie zanim podejmę decyzję o pójściu do kina.

Samojłowicz do spółki z Raczkiem nie byli jednak pierwsi. Chwilę przed tą awanturą do redakcji portalu Filmweb zgłosiła się reżyserka filmu „Big Love”, Barbara Białowąs, której nie spodobała się recenzja jej filmu autorstwa Michała Walkiewicza i poprosiła o spotkanie z tymże panem. Spotkanie zostało uwiecznione i każdy kto ma wystarczająco dużo samozaparcia, może sobie to nagranie obejrzeć. Mnie się za pierwszym podejściem nie udało. Kiedy w pierwszym zdaniu Barbara Białowąs powiedziała, że nie przyszła się bronić i wcale nie zależy jej na tym, by pan Walkiewicz zmienił zdanie na temat jej filmu, jej celem jest natomiast rozmowa na temat polskiej krytyki (czyli dlaczego powstają nieprofesjonalne, nierzetelne i niekompetentne recenzje), stwierdziłam, że nie dam rady i wyłączyłam nagranie. Wiele dni upłynęło zanim do tej konfrontacji powróciłam. Uznałam bowiem, że mimo wszystko powinnam wiedzieć, co z niej wynikło.

A wynikło, jak na mój gust, niewiele. Oto przychodzi debiutująca pani reżyser, buzia w ciup, cały czas patrzy na swojego przeciwnika z góry, jakby właściwie nie był godzien jej uwagi, rozkłada jego recenzję na czynniki pierwsze i oczekuje, że to on będzie się tłumaczył z tego, co napisał. Nadmiar dyplomów najwyraźniej uderzył jej do głowy. Skończyła nie tylko reżyserię, ale też filmoznawstwo i kulturoznawstwo, co najwyraźniej daje jej prawo do wypowiadania się zarówno na temat tworzenia filmów, jak i tworzenia dobrych recenzji.

Samojłowicz ma pretensje do Raczka z powodu pieniędzy. Białowąs jest lepsza. Ma pretensje do Walkiewicza, gdyż, uwaga uwaga, on nie zrozumiał jej filmu. A ściślej rzecz ujmując – nie zrozumiał konwencji, w której film się porusza (gdy po raz pięćdziesiąty z jej ust padło słowo „konwencja”, miałam ochotę wyskoczyć przez okno). Reżyserka w swoim dziele polemizuje z „Gorzkimi godami”, „Requiem dla snu”, „Urodzonymi mordercami”, „Żyć własnym życiem”, bla bla bla. Ok, jej film jest pełen odniesień i bezpośrednich cytatów z innych filmów, każdy średnio rozgarnięty osobnik to zrozumie. Niestety Białowąs idzie dalej – recenzent nie zrozumiał konwencji i dlatego jego interpretacja filmu poszła w złym kierunku. Przytomnie Walkiewicz natychmiast odpowiedział stwierdzeniem, że to jest oksymoron. Jak interpretacja może iść w złym kierunku? Nie wiem, może się mylę, ale czy w sztuce nie chodzi przypadkiem o to, żeby zostawić odbiorcy pole do interpretacji? A poza tym Walkiewicz ma w tym miejscu rację – trawestowanie samo w sobie nie jest wartością.

Michał Walkiewicz pisze specyficzne recenzje. Wielokrotnie się z nim nie zgadzam, a czasem wręcz uważam, że trochę za daleko się posuwa w skojarzeniach. Jego recenzja „Big Love” jest faktycznie ostra i osobiście odnoszę wrażenie, że trochę dał się ponieść klawiaturze. Co do jednej kwestii na pewno ma jednak Walkiewicz słuszność. Film powinien bronić się sam. Jeśli reżyser musi przyjść i do kamery opowiadać, co miał na myśli, to najwyraźniej coś jest nie tak.

Pojedynki Jacka Samojłowicza z Tomaszem Raczkiem i Barbary Białowąs z Michałem Walkiewiczem stanowią nie tylko swoisty ewenement, ale też dowód na to, że komuś chyba sufit na głowę spadł. Od kiedy to krytyk filmowy powinien się twórcom i producentom tłumaczyć z tego, że dany film mu się nie podobał? Przemysł filmowy niech się lepiej skupi na robieniu dobrych filmów, a nie na pouczaniu krytyków, jak pisać dobre recenzje. Bo jeśli film będzie dobry, to i recenzje mu krzywdy nie zrobią.