Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię...
Na deskach
Różne

Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne
Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Plus / minus: „Mauretańczyk”

Solidne kino z bardzo dobrą obsadą, momentami bardzo patetyczne, wiecie, tak po amerykańsku. Nie kiepskie, ale też nie wybitne, taki średniak, rzekłabym. Niestety wydaje mi się, że jest to również kino z deczka spóźnione. Temat jest ważny i w sumie to dość ciekawe, że nie powstało o nim więcej filmów. Cała ta afera z Guantanamo aż się prosi, żeby Amerykanom, za przeproszeniem, narobić na podwórko. „Mauretańczyk” jest pod tym względem bardzo delikatny.

Może ktoś bardziej obeznany w amerykańskich realiach dnia dzisiejszego odpowie mi na pytanie – czy kwestia obozu Guantanamo budzi tam jeszcze takie emocje? Strasznie się to wszystko ciągnie w latach, więc nakreślmy sobie tło. W czasie „wojny z terroryzmem” po 11 września, za prezydentury Busha, zapadła gdzieś decyzja o stosowaniu specjalnych technik przesłuchań, w praktyce będących torturami. Informacje o stosowanych w Guantanamo torturach zaczęły do opinii publicznej docierać jakoś z 15 lat temu, o ile mnie pamięć nie myli. Gdy urząd przejął Obama zarządził zamknięcie Guantanamo, co oczywiście przez 8 lat mu się nie udało, bo chyba nikt nie wiedział, co zrobić z przetrzymywanymi tam więźniami. Trump unieważnił tamto zarządzenie i kazał zostawić obóz otwarty, teraz Biden pewnie znów będzie próbował zamykać… i tak w kółko, aż ludzi całkiem przestanie to ruszać.

No dobra, zabrzmiało to trochę ironicznie. Coś w tym jednak jest. Na początku torturowego skandalu cały świat był tym poruszony. Aha, bo tak w ogóle rzecz rozbija się również o to, że nie tylko w samych torturach tkwi problem, ale też w fakcie, że ci więźniowie byli (i wciąż są) de facto przetrzymywani bez postawienia im zarzutów i bez procesów sądowych. Jakże to? Amerykanie, filar demokracji, fundują komuś dożywocie z dodatkiem tortur BEZ PROCESU? Anyway, wtedy, jako rzekłam, był to światowy skandal. Oczywiste więc, że nowy prezydent, pan Pokojowy Nobel, musiał coś z tym smrodkiem zrobić. A żeby coś zrobić to wiadomo, że nie trzeba w praktyce nic robić, wystarczy ZADEKLAROWAĆ, że się zrobi. Szczególnie w przypadku polityków i bynajmniej nie tylko w USA, ale w ogóle wszędzie na całym świecie. Recepta jest taka: będziemy w kółko deklarować, co jakiś czas przesuwając deadline, a jakby ktoś pytał, to my oczywiście nadal twardo deklarujemy, aż w końcu sprawa przycichnie i przestaną nas pytać. Proste?

Kurde, nadal brzmi ironicznie. Chyba nie dam rady inaczej. Summa summarum najbardziej zagorzali wojownicy o prawa człowieka wypominają Obamie niedotrzymanie obietnicy i będą pewnie rozliczać również Bidena, jednak przeciętnych zjadaczy chleba już to chyba nie rusza tak jak na początku. Żywotność skandali nie jest wieczna. Dlatego właśnie wydaje mi się, że „Mauretańczyk” większe wrażenie zrobiłby kilka lat temu. Nie do końca jest to wina filmu co prawda, bo choć od skandalu minęło sporo czasu, to jednak batalia tytułowego bohatera ciągnęła się straszliwie długo (niby w 2010 roku wygrał swoją sprawę o wolność, ale wiadomo – apelacja, biurokracja – i na wolność wyszedł dopiero w 2016). A jego „Dziennik z Guantanamo”, na którego podstawie nakręcono film, wydany został ostatecznie w 2015 roku. No ale jakby nie było, książka była wtedy bestsellerem i gdyby ekranizacja powstała szybciej niż po 6 latach, chyba jednak silniej by działała na emocje.

Wróćmy jednak do filmu, bo popłynęłam trochę w politycznych rozważaniach. Mohamedou Ould Slahi trafił do Guantanamo w 2002 roku, po tym jak aresztowano go w Mauretanii na weselu kogoś z rodziny. Amerykanie byli całkowicie pewni, że Slahi jest super ważną szychą w Al-Ka’idzie, rekrutował dla nich i pomagał zorganizować wrześniowe zamachy. Bo tak im zeznał jakiś terrorysta, który zanim pomógł powalić bliźniacze wieże, został rzekomo osobiście zwerbowany przez Slahiego. Slahi z kolei twierdził, że tego kolesia w ogóle nie zna, zgodził się go przenocować kiedyśtam dawno temu, bo był znajomym znajomego z meczetu. I tyle się widzieli. A ów terrorysta pewnie wskazał biednego Slahiego, bo coś musiał w końcu zeznać i takiego sobie kozła ofiarnego znalazł. Po długotrwałych torturach Slahi w końcu do wszystkiego się przyznał, ale nawet zakładając, że powiedział prawdę, jego zeznanie złożone pod przymusem i tak nie może być wykorzystane w sądzie. Nie żeby ktokolwiek chciał go w ogóle sądzić.

Do czasu. Rząd przymierza się do wysłania Slahiego na krzesło, a na jego oprawcę wyznaczony zostaje Stuart Couch. W międzyczasie sprawą zaczyna interesować się Nancy Hollander, niestrudzona bojowniczka o prawa człowieka, która oferuje więźniowi swoje usługi, jako jego adwokat. Grający te role Benedict Cumberbatch i Jodie Foster wywiązują się z zadania na poziomie, do jakiego nas przyzwyczaili (aktorsko ciężko cokolwiek zarzucić, a Foster nawet nagrodzono Złotym Globem), choć postaci są w sumie dość płaskie.

Couch – honorowy wojskowy, chrześcijanin, osobnik niezwykle sprawiedliwy, a do sprawy podchodzący bardzo osobiście, bo w jednym z porwanych samolotów był jego przyjaciel. Kiedy widzi, że konkretnych dowodów przeciwko Slahiemu nie ma, a potem dowiaduje się, co mu robiono w obozie, wymiksowuje się ze sprawy, bo „chrześcijańskie sumienie mu nie pozwala brać w tym udziału”, za co oczywiście nazwany zostaje zdrajcą i staje się pariasem dla swoich kumpli z woja. Wśród przełożonych i współpracowników Coucha bardzo wyraźnie widać motyw co rusz przewijający się w kinie policyjno-sądowniczym, gdzie samo wymierzenie kary jest ważniejsze niż znalezienie prawdziwego winnego. Jak jest zbrodnia (szczególnie tak drastyczna, po której traumę ma cały naród), ktoś musi za nią odpowiedzieć. Kiedy kolega rzuca Couchowi tym argumentem w twarz, ten odpowiada z typowo amerykańskim patosem: „ktoś tak, ale nie ktokolwiek”. Dla człowieka tak honorowego jak Couch najważniejsze jest, by oskarżał kogoś, kto faktycznie jest winny, a nie jakiegoś pierwszego lepszego z katalogu, byle tylko odfajkować, że sprawa załatwiona. Dla Hollander z kolei kwestia winy Slahiego nie jest najważniejsza. Dla niej największym skandalem jest to, że przetrzymuje się go bez procesu. Bo każdy ma prawo do procesu, nawet najgorszy przestępca. Slahi jest winny? Ok, spoko. To go osądźmy i wsadźmy do więzienia, jak na cywilizowany, demokratyczny kraj przystało.

I w sumie w całym tym filmie rzeczą, która najbardziej mi uderza w negatywną strunę jest to, że reżyser Kevin Macdonald (z pochodzenia Szkot) niby chciał narobić na amerykańskie podwórko, ale chyba nie do końca. I wziął na warsztat historię, stawiającą z pozoru USA w negatywnym świetle, ale na pierwszy plan wypychając tych dobrych Amerykanów, hiperpatriotów i w sumie wyszło na to, że no dobra, z tym Gitmo to spieprzyli sprawę, ale tak ogólnie to są super. A Slahi nie jest prawdziwym bohaterem, który wywalczył sobie wolność po 14 latach udręki, lecz jedynie ofiarą złych Amerykanów, którego uratować musieli dobrzy Amerykanie. Staje się pionkiem we własnej grze i nie ma kompletnie wpływu na jej przebieg, jedyne co może zrobić, to spisać swoją historię. Nie wiem, na ile wierna historycznie jest scena jego przemówienia przed sądem (a musicie wiedzieć, że wielce patetyczna to scena), ale nieco gorzki wydaje mi się fakt, że Slahi opowiada o swoich przeżyciach, a na koniec mówi, że „zaakceptuje każdy wyrok”, bo „wierzy, że ten Sąd (w domyśle: amerykański) kieruje się prawem, a nie strachem”. Słowem: jego los jest w ich rękach, nawet jak już wyszło, że go przez tyle lat krzywdzili.

Trochę szkoda, bo najjaśniejszym punktem całego filmu jest właśnie postać Mauretańczyka, a grający go Tahar Rahim dał tą rolą popis naprawdę z najwyższej aktorskiej półki. Świetna robota, wciąż jestem pod wielkim wrażeniem. W ostatecznym rozrachunku dla niego było warto obejrzeć ten film.