Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię...
Na deskach
Różne

Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne
Plus / minus
Artysta filmowiec
Z małego ekranu
Tematycznie
Migawki filmowe
Jak to się robi?
Minikino
Na melodię…
Na deskach
Różne

Z małego ekranu: świat Vince’a Gilligana

Kilka tygodni temu Saul Goodman, ku uciesze wszystkich niecierpliwie oczekujących na ten moment fanów „Breaking Bad”, powrócił na mały ekran. Czy da się w ogóle opisać słowami, jak bardzo zdążyliśmy zatęsknić za specyficznym klimatem Albuquerque (tak, Saul, my też nie umiemy przeliterować tej nazwy…) w Nowym Meksyku? „Better Call Saul” nie zawodzi.

W „Breaking Bad” Walter White (genialny Bryan Cranston) dowiaduje się, że ma raka i prawdopodobnie wkrótce umrze. Z jego nauczycielskiej pensji rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, syn jest niepełnosprawny, drugie dziecko w drodze, a wizja pozostawienia rodziny z górą długów i bez środków do życia jest nie do zniesienia. Walter White ma jednak jeden talent. Jest genialnym chemikiem. Kiedy przez zupełny przypadek dowiaduje się, że jego były uczeń Jesse Pinkman (równie genialny Aaron Paul) zszedł na złą drogę i został producentem metamfetaminy, to jakby opatrzność sama podsuwała rozwiązanie: „Walter, ty też mógłbyś to robić i mógłbyś to robić LEPIEJ”. I tu ma swój początek droga, która prowadzi tylko w jedną stronę – w dół.

Po drodze towarzyszy nam cały kalejdoskop ciekawych postaci. Skyler (żona Waltera), która irytuje widza nawet wtedy, gdy ma rację. Jej równie irytująca siostra Marie Schrader i szwagier/agent DEA Hank Schrader. Gus Fring, elegancki, uprzejmy, elokwentny i przerażający jak cholera. Saul Goodman, niezupełnie uczciwy prawnik, który zawsze zapodaje najlepsze teksty („Drug dealer getting shot? I’m gonna go out on a limb here and say it’s been known to happen”). Mike Ehrmantraut, były glina, prywatny detektyw, szef ochrony, hitman, cleaner… wszystko w jednym. Pierwsze skrzypce w historii grają rzecz jasna Walter White i Jesse Pinkman, przy czym ten drugi okazał się małym zaskoczeniem. Pierwotnie Jesse miał być katalizatorem – scenarzyści planowali go uśmiercić już w pierwszym sezonie i tym wydarzeniem popchnąć historię Waltera w odpowiednim kierunku. Na szczęście szybko z tego pomysłu zrezygnowali. Cranston i Paul stworzyli między swoimi bohaterami wręcz elektryzującą więź, która na dłuższą metę dawała znacznie większe możliwości, niż gdyby Walter został sam.

Patrząc na przerażonego i nieporadnego Waltera z początku pierwszego sezonu oraz na Heisenberga z sezonu ostatniego, ciężko jest uwierzyć, że to ta sama osoba. Jednak nikt, kto śledził losy Waltera od początku do końca, nie zada nigdy pytania „jak to się stało?”. Fenomen tego serialu polega na tym, że powolne staczanie się Waltera White’a w przepaść odbywa się, z braku lepszego słowa, naturalnie. Każda kolejna decyzja zdaje się logicznie wynikać z poprzedzających ją wydarzeń, które z kolei są rezultatem decyzji wcześniejszych i tak koło się toczy. Scenarzyści sterują wszystkim z tak perfekcyjną precyzją, że totalnie nieprawdopodobna historia przemiany poczciwego nauczyciela chemii w narkotykowego bossa wydaje nam się całkiem wiarygodna. I jakimś cudem na końcu, mimo pięciu sezonów różnych okropieństw, wciąż kibicujemy Walterowi i Jesse’mu (szczególnie Jesse’mu, w moim przypadku). Właśnie dlatego „Breaking Bad” jest jednym z najlepszych seriali w dziejach telewizji.

Kiedy w drugim sezonie pojawia się postać popularnego, choć nieco skrzywionego moralnie prawnika, przyjmujemy go takim jaki jest, zupełnie jakby taki się po prostu urodził. Saul szybko stał się postacią uwielbianą przez fanów i jeszcze przed finałem „Breaking Bad” zapadła decyzja o stworzeniu siostrzanego serialu. Niedługo później fani oszaleli z radości na wieść, iż powróci w nim nie tylko Bob Odenkirk jako Saul Goodman, ale również Jonathan Banks jako równie uwielbiany Mike Ehrmantraut. Spin-off, zatytułowany „Better Call Saul”, zabiera nas kilka lat wstecz, gdy Saul Goodman nosił jeszcze nazwisko Jimmy McGill, harował za grosze przy najdrobniejszych sprawach jako obrońca z urzędu i czekał na wymarzoną wielką sprawę, na której będzie mógł wypłynąć. Tym razem wiemy jak historia się skończyła, a dopiero się dowiemy, jak się zaczęła. Do Saula Goodmana, którego wszyscy znamy i kochamy, daleka droga. Lecz po tych kilku pierwszych odcinkach już jestem ogromnie szczęśliwa, że dane mi będzie to zobaczyć.

Twórcą i pomysłodawcą obu seriali jest ten sam człowiek – Vince Gilligan. Sympatyczny, skromny człowieczek ze świetnym poczuciem humoru. Na dźwięk jego głosu nie sposób się nie śmiać (serio, włączcie sobie pierwszy z brzegu wywiad). Vince Gilligan i świat „Breaking Bad” na oko wydają się być tworami z zupełnie różnych galaktyk. Może miał facet szczęście, a może naprawdę jest takim geniuszem, jak twierdzą ludzie, którzy mieli okazję z nim pracować. Jest mi wszystko jedno. Tylko nie przestawaj, Vince!